Anonimowość wskazywana jest jako jedna z przyczyn występowania w sieci negatywnych zjawisk, między innymi mowy nienawiści. Zdaniem niektórych ograniczenie anonimowości mogłoby pomóc skutecznie zwalczać internetowy hejt. Czy rzeczywiście?
Anonimowość czy poczucie bezkarności?

W sieci nigdy nie jesteśmy w pełni anonimowi. Na każdym kroku zostawiamy w niej cyfrowe ślady, przede wszystkim adres IP, po którym w razie potrzeby niemal zawsze można trafić do użytkownika. Co więcej, wiele portali internetowych czy forów wymaga od użytkowników rejestracji, jeśli chcą publikować na nich jakiekolwiek treści. Niektóre wymagają podania prawdziwych danych (tzw. real-name policy, stosowana np. przez Facebooka). Wystarczy jednak zajrzeć na Facebooka lub dowolną stronę informacyjną z możliwością komentowania tekstów, żeby zauważyć, że możliwość zidentyfikowania autora treści nie jest szczególnie odstraszająca i jeśli ktoś ma ochotę kogoś obrazić, zrobi to nawet pod własnym imieniem i nazwiskiem. Problemem zatem nie jest – złudna zresztą – anonimowość, a raczej poczucie bezkarności.
Polskie prawo daje możliwość ścigania za mowę nienawiści. Przed sąd można trafić również za naruszenie dóbr osobistych innej osoby, np. wizerunku, dobrego imienia. Jednak ani groźba wypłaty odszkodowania lub zadośćuczynienia, ani możliwość nakazania publicznych przeprosin (w przypadku stwierdzonego przez sąd naruszenia dóbr osobistych), ani kara grzywny, a nawet więzienia do lat trzech (maksymalna kara w przypadku publicznego znieważania np. ze względu na przynależność rasową), zdają się nie robić większego wrażenia na hejterach. W ostatnich latach było głośno o kilku zdarzeniach, które wyzwoliły wprost porażającą falę hejtu. Szczególnie szokują takie reakcje na czyjąś śmierć: nastoletniego Dominika z Bieżunia, 27-letniej blogerki modowej, biznesmena i najbogatszego Polaka Jana Kulczyka czy aktorki Anny Przybylskiej. Ale hejt dotyka nie tylko ludzi showbiznesu, biznesmenów, nastolatków z małych miejscowości, odróżniających się od ogólnie przyjętej „normy”, uchodźców, których znaczna (a na pewno bardziej wylewna w sieci) część Polaków nie lubi czy raczej boi się ich „inności”. Czy prawo daje skuteczne narzędzia do walki z tym problemem?
Obowiązująca w polskim prawie procedura notice & takedown („zauważ i zdejmij”, art. 14 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną) wprowadza współodpowiedzialność administratorów portali za treść, której nie usunęli mimo otrzymania wiarygodnego zgłoszenia, że narusza ona czyjeś prawa. W praktyce oznacza to, że jeśli użytkownik trafi w sieci na obraźliwy komentarz pod swoim adresem albo nawoływanie do nienawiści, może domagać się jego usunięcia od administratora strony, a także dochodzić swoich praw w sądzie.
Trudności w egzekwowaniu prawa

W teorii wydaje się to proste: w sieci pojawia się obraźliwy komentarz albo mowa nienawiści? Administrator dostaje zgłoszenie, komentarz znika z sieci. Jeśli nie zniknie, bo administrator nie zgodzi się z oceną osoby zgłaszającej, lub zniknie pod dłuższym czasie, pokrzywdzony może zwrócić się do sądu po odszkodowanie, ewentualnie organy ścigania zajmą się przypadkiem mowy nienawiści. Rzeczywistość jednak lubi komplikować proste sytuacje.
Przede wszystkim, żeby administrator usunął wpis, musi otrzymać wiarygodne zgłoszenie. Czyli ktoś musi dany wpis przeczytać i poczuć się dotknięty. Warto reagować na obelżywe komentarze. Jeśli portal zastrzega w regulaminie, że nie wolno publikować jakichś treści, zareaguje na zgłoszenie. Jeśli jakiś wpis jest niezgodny z prawem (np. jest szerzeniem mowy nienawiści), właściciel portal ma obowiązek go usunąć – jeśli tego nie zrobi, grozi mu współodpowiedzialność.
Polskie przepisy nie są idealne. Przede wszystkim brakuje definicji „wiarygodnej wiadomości”, nie określono też, jak szybko strona musi zareagować na zgłoszenie. Co więcej, pośrednicy internetowi muszą uważać, żeby nie przekroczyć cienkiej granicy, za którą kończy się ochrona dóbr osobistych i walka z mową nienawiści, a zaczyna ograniczanie wolności słowa. Usuwając wpis, powinni mieć ku temu podstawę.
Dodatkową komplikacją w egzekwowaniu prawa jest to, że wiele usług (w tym najpopularniejsze) jest świadczonych przez firmy mające siedzibę zagranicą i nie obowiązuje ich polskie prawo. Dotyczy to najpopularniejszych portali, m.in. Facebooka, który rozpatruje zgłoszenia wyłącznie na podstawie swojego regulaminu.
Na drodze sądowej

Niezależnie od tego, czy wpis został usunięty, czy nie, można złożyć pozew do sądu przeciwko autorowi treści. Do tego celu jednak niezbędne są dane autora wpisu, które można uzyskać od pośrednika internetowego (podmiotu świadczącego daną usługę). Ale pośrednicy internetowi mają obowiązek ochrony danych osobowych, dlatego często odmawiają wnioskom osób prywatnych o podanie danych użytkowników. Wtedy pozostaje skarga do Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych. Jeśli decyzja GIODO będzie niesatysfakcjonująca, można złożyć skargę do sądu administracyjnego. To trudna procedura, dlatego alternatywą mogłoby być umożliwienie składania do sądu tzw. „ślepych pozwów”, czyli złożenie pozwu bez wskazywania pozwanego, a jeśli po pierwszej lekturze sąd uzna, że mogło dojść do naruszenia, zobowiązuje pośrednika internetowego do dostarczenia danych autora wpisu.
Jeśli poszkodowanemu nie zabraknie determinacji, wreszcie spotka się z autorem wpisu w sądzie. Ten zdecyduje, czy nie została przekroczona granica wolności słowa – czy naruszone zostały dobra osobiste i czy należy się odszkodowanie lub zadośćuczynienie.
Do sądu można zwrócić się także z pozwem przeciwko właścicielowi portalu (pośrednikowi internetowemu), jeśli administrator nie zgodzi się na usunięcie wpisu, zrobi to zbyt późno lub osoba, której dotyczy wpis czuje się urażona faktem, że komentarz w ogóle został opublikowany (portal dopuścił do jego publikacji).
Odpowiedzialność pośrednika za treści
Zgodnie z ustawą o świadczeniu usług drogą elektronicznych administrator portalu ma obowiązek zareagować niezwłocznie po otrzymaniu zgłoszenia o wpisie naruszającym czyjeś prawa. Jednak administratorzy stron nie mają obowiązku moderowania komentarzy ani przed publikacją, ani po. Zwalnia ich z niego unijna dyrektywa o handlu elektronicznym (artykuł 15), wdrożona do polskiego porządku prawnego w ustawie o świadczeniu usług elektronicznych (artykuł 15). Jednak decyzje sądów w takich sprawach bywają zaskakujące, co pokazała głośna sprawa Delfi przeciwko Estonii, która trafiła na wokandę Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.
Estoński portal musiał zapłacić karę za komentarze opublikowane pod jednym z tekstów, mimo że usunął je natychmiast po otrzymaniu zgłoszenia od osoby, pod której adresem je kierowano. W Estonii, podobnie jak w Polsce, pośrednicy internetowi nie odpowiadają za treść, jeśli nie wiedzą o jej bezprawności lub usuną ją, jak tylko otrzymają wiarygodne zgłoszenie. Estoński sąd uznał jednak, że portal mógł przewidzieć, że ten konkretny tekst wywoła emocjonalne reakcje i podjąć działania zapobiegawcze. Europejski Trybunał Praw Człowieka, do którego zwrócił się Delfi, nie podzielił wątpliwości portalu, że konieczność zapobiegania publikacji niezgodnych z prawem treści, ogranicza wolności słowa.
Ważenie wartości
Użytkownicy Internetu mają prawo do prywatności, którego istotną częścią jest zachowanie anonimowości w sieci. Mamy prawo wypowiadać swoje opinie w sieci bez potrzeby wylegitymowania się przed pozostałymi użytkownikami. Zresztą jak miałoby to wyglądać w praktyce? Ostatnio wielką karierę robi biometria, więc może identyfikacja przez odcisk palca? Takie rozwiązanie z kolei rodzi szereg wątpliwości pragmatycznych, np. kto miałby przechowywać dane i skąd wziąć na to pieniądze. Takie praktyczne pytania można mnożyć, jednak w tym przypadku ważniejsze jest skupienie się na abstrakcyjnej wartości, jakąś jest prywatność. Dlaczego warto ją chronić i co tracimy wraz z nią, obrazowo wyjaśnił niedawno Piotr Marzec-Liroy:
„Ludzie mówią: ja nic nie robię, nie ściągam porno, nie piratuję seriali, nie mam się czym martwić. No więc masz się czym martwić. Oni będą czytać, co piszesz z biura do żony, będą przeglądać rachunki za kablówkę, będą oglądać focie twojej córki.(…) To tak jakbym mógł macać każdą kobietę, która idzie ulicą. Rozumiesz, podejdę, pomacam jej piersi, zajrzę w majtki. Powinna się obrazić, to naruszenie godności osobistej. A ona mówi: »No przecież nie mam nic do ukrycia«! Jest granica nienaruszalności. Nie ma znaczenia, czy ja się czuję winny z jakiegoś powodu, czy mam coś za skórą. Chodzi o rzecz najistotniejszą dla ludzi od zarania dziejów, czyli o wolność osobistą”.
Anna Obem
Współpraca: Wojciech Klicki
Autorzy są członkami zespołu Fundacji Panoptykon (panoptykon.org), chroniącej wolności i prawa obywatelskie przed nadmiernym nadzorem.